Logo Loading

Czytelnia

  • Wpisy
  • Czytelnia

Zbigniew Nosowski: Czy warto było czytać prawie setkę opowieści o lekcjach religii?

Bp Jan Chrapek: Muszę się przyznać, że propozycję uczestnictwa w konkursowym jury przyjąłem chyba trochę nieświadomie. Gdy otrzymałem wszystkie materiały, byłem nawet zły na siebie, że się zgodziłem. Lecz po dość wnikliwej lekturze tych materiałów wdzięczny byłem Panu Bogu, że dał mi tak wspaniałą okazję. Było to dla mnie bardzo inspirujące doświadczenie. w uparciu o te prace przygotowałem już wiele kazań.

Kazań?

– Tak, najczęściej wykorzystywałem ten materiał przy okazji udziela­nia sakramentu bierzmowania. Jest to sakrament dojrzałości chrześcijań­skiej, a o dojrzałości trzeba mówić w odniesieniu do zadań, jakie stoją przed młodymi ludźmi, mówić wobec ich rodziców. Dzięki temu materiało­wi miałem wspaniały obraz aktualnej rzeczywistości religijnej w Polsce. Te wypowiedzi pokazały nam stan polskiej szkoły, kondycję polskiej rodziny, portrety wielu środowisk lokalnych. Przede wszystkim zaś odsłoniły praw­dziwe problemy, którymi żyją katecheci. Dla mnie najważniejsze było, że ujawniły one niesamowity entuzjazm oraz wielkie poczucie misyjności i odpowiedzialności także u katechetów świeckich.

Czy sądzi Ksiądz Biskup, że ci, którzy do nas napisali, są reprezen­tatywni dla całej kilkunastotysięcznej rzeszy katechetów w Polsce?

– Oczywiście! Choć zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mają tak duży dynamizm i entuzjazm, jak większość autorów wypowiedzi konkursowych. w pewnym sensie jednak można mówić o reprezentatywności. Rzecz jasna, nie w sensie socjologicznym. Te wypowiedzi pokazują bowiem nie tylko poczucie odpowiedzialności i misyjności, lecz także bardzo szczerze mówią o trudnościach, niekiedy wręcz o chęci ucieczki ze szkoły i z katechezy. Wszystkie te wypowiedzi razem wzięte reprezentują więc – jak przypusz­czam – główne nurty myślenia i doświadczenia katechetów.

Jest to obraz ludzi oddanych pracy niezwykle trudnej, ale jednak obraz optymistyczny. Czy zgadza się Ksiądz Biskup z taką oceną?

– To cudowna zapowiedź. Te tysiące dzisiejszych katechetów w Polsce to elita przyszłości. Są to ludzie odpowiedzialni za Kościół, budujący go, kochający go i potrafiący bezinteresownie poświęcać się dla innych. Wbrew potocznemu przekonaniu świeccy katecheci to wielki nowy dar dla Kościoła w Polsce. Nie mówię tu o duchownych, tylko dlatego że oni rza­dziej odpowiadali na tę ankietę.

Właśnie, dlaczego oni rzadziej odpowiadali? Zaproszenie było prze­cież skierowane tak sama do świeckich, jak i duchownych. Najmniej było sióstr zakonnych.

– To zapewne wynikało z kilku przyczyn. Księża, zwłaszcza ci szere­gowi, mało piszą, bo mają mnóstwo obowiązków i są zaganiani. Często też nie potrafią dokonywać pisemnej refleksji nad tym, co robią. Siostry zakon­ne natomiast właściwie nigdy nie pisały; nie są tego nauczone. Te mecha­nizmy z przeszłości trzeba zrozumieć. Ale też dzięki temu pojawiła się nowa jakość refleksji. Prawdopodobnie wypowiedzi osób duchownych były­by napisane „slangiem” kościelnym, którym my na co dzień się posługuje­my. Natomiast ludzie świeccy operują innym językiem – stąd w tych ankietach jest tak wiele niezależnego sposobu mówienia o sprawach reli­gijnych. Ci ludzie w sposób świeży, wolny od utartych schematów, mówią o sprawach wiary i swego doświadczenia z Bogiem. Tak więc nadesłane ankiety są formą nowego mówienia o sprawach wiary. w tym też sensie są godne poważniejszej refleksji.

Uderzyły mnie również wypowiedzi młodzieży i dzieci. Tu z pewnością nie da się powiedzieć, że są one reprezentatywne dla całej polskiej młodzie­ży w sensie socjologicznym. Ujawnia się w nich jednak znamienny dramat: doświadczenie trudności w przeżywaniu lekcji religii połączone z odpowie­dzialnością za uczestniczenie w nich. Trudności wynikają niekiedy z błę­dów metodologicznych katechety, z braku doświadczenia prowadzącego czy z jego nieprzygotowania, ale opinie te są połączone z silnym wewnęt­rznym ,ja powinienem”. Wbrew gazetowym opiniom takiej młodzieży jest w Polsce stosunkowo dużo.

Często uczniowie, którym zależy na dobrej katechezie, czują się osa­motnieni w swoim środowisku…

– To osamotnienie doświadczane w katechezie jest zapisem faktycz­nego osamotnienia przeżywanego przez młodzież. Jest to także zapis do­świadczenia współczesnych ludzi, wynikającego z nieumiejętności rozmawiania ze sobą i dzielenia się tym, co najważniejsze. Po lekturze kon­kursowych materiałów bardzo dużo rozmawiałem z młodzieżą i mam wra­żenie, że dość często tacy osamotnieni głęboko wierzący młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, że tuż obok nich są inni – podobnie osamotnieni i po­dobnie religijni. Nie rozmawiają o tym, bo kiedyś nie wypadało na ten temat mówić, bo nie umieją na ten temat rozmawiać bez koturnów i niepo­trzebnie nadmuchanych słów, bo trochę się boją. Śmiem zatem twierdzić, że w rzeczywistości jest o wiele mniej osamotnienia wśród młodzieży niż to wynika z tego zbioru świadectw.

A co z osamotnieniem katechetów? Miałem wrażenie, że świeżość ich języka, o której mówi Ksiądz Biskup, jest właśnie owocem osamotnienia – każdy z nich został rzucony na głęboką wodę i musi sobie radzić sam: pozbawiony dobrych pomocy programowych i metodycznych, pozbawiony pogłębionych spotkań z innymi katechetami. Każdy sam wciąż na nowo poszukuje odpowiedzi na podstawowe pytania „swojej” młodzieży. Osamot­nienie wymusza niejako nowy język…

– Rzeczywiście, pod tym względem obraz funkcjonowania katechezy jest niedoskonały. Wszystkie struktury pomocnicze, np. podręczniki, do­piero się tworzą. Ten brak okazuje się jednak błogosławioną winą. Absolut­nie nie chcę powiedzieć, że jest dobrze, gdy katecheci nie mają odpowiednich pomocy. Konieczność radzenia sobie samemu wymusiła jed­nak na nich postawę twórczą. Wykonują swoją pracę nie dlatego, że ktoś im przygotował gotowe wzorce postępowania; nie dlatego, że dostaną za to pieniądze; nie dla zdobycia poklasku. Są często sami, ale wskutek tego uczą się pełniejszej odpowiedzialności.

Ważne jest jeszcze to, że świeccy katecheci często wspominają o braku zrozumienia ze strony duchownych, z którymi współpracują, ale mówią to z wyrozumiałością, w duchu głębokiej miłości. To dowód ich ogromnej dojrzałości. Dobrze to świadczy o polskim laikacie katolickim, o jego odpor­ności na styl myślenia o Kościele i duchownych narzucany przez media.

Ciekawe, jak wyglądałby obraz odwrotny – jak duchowni widzą katechetów?

– Rozmawiałem o tym z księżmi – już po lekturze prac konkurso­wych. U ogromnej większości z nich znalazłem podziw dla świeckich kate­chetów. Myślę, że w naszej diecezji toruńskiej ok. 70-80 proc. duchownych patrzy na katechetów z prawdziwym podziwem.

Może jest to tylko teoretyczny podziw…?

– Owszem, istnieje pewna bezradność wyrażenia tego nastawienia w praktyce. Bierze się ona z braku doświadczeń współpracy i nieumiejętności partnerskiego (w najlepszym tego słowa znaczeniu) traktowania się. Jest to zresztą bezradność obustronna, ale więcej muszą zmienić w swej posta­wie duchowni. Przecież to na proboszczu spoczywa obowiązek organizowa­nia katechezy. Postawa podziwu musi znajdować wyraz także w organizo­waniu pogłębionych spotkań dla wszystkich katechetów. To jest wielkie wyzwanie dla Kościoła w Polsce na polu katechezy.

Trzeba bardzo dużo uwagi poświęcić w najbliższych latach formacji katechetów – formacji religijnej i profesjonalnej, duchowej i pedagogicz­nej. Trzeba im pomóc, bo to oni stworzą nową elitę. Może to też być cudow­na okazja do uczenia się siebie nawzajem świeckich i duchownych.

Z konkursu „Więzi” wynika też, według mnie, konieczność otoczeni nauczycieli wielką troską duszpasterską i opieką przez duchownych taką zwykłą, ludzką, przyjacielską opieką. Wspomniana bezradność katechetów wobec katechezy jest w dużej mierze odzwierciedleniem bezradności nauczycieli wobec szkoły i wyzwań wychowawczych.

Często nauczyciele podkreślają, że wolą księży jako katechetów niż świeckich…

– Bo oni potrzebują przyjaciela. To wołanie nauczycieli powinniśmy usłyszeć i bardzo konkretnie na nie odpowiedzieć.

Na przykład poprzez przywrócenie instytucji księży prefektów ściśle związanych z określoną szkolą?

– Na pewno, ale także poprzez pomoc duchownych w budowaniu auto­rytetu szkoły i nauczycieli. Na przykład proboszcz może zachęcać swoich parafian do wsparcia materialnego szkoły, może na różne sposoby wspierać autorytet nauczyciela autorytetem duchownego, podać przyjacielską dłoń itp. Ostatnio podczas celebracji sakramentu bierzmowania zapraszałem nauczycieli do prezbiterium na czas modlitwy za bierzmowanych, wrę­czałem  kwiaty dyrektorowi szkoły czy wychowawcy – w duchu wdzięczności za formację intelektualną bierzmowanych. w ten sposób chciałem też ukazać rodzicom, że nauczyciele pełnią rolę niesłychanie ważną, niekiedy ich wręcz zastępując.

Nauczyciele również przeżywają w swoim środowisku pewną samot­ność. Są ludźmi mało zarabiającymi, poddanymi dużej presji środowiska, na nich rodzice „zwalają” całą odpowiedzialność wychowawczą. Jeżeli chce­my zdrowego społeczeństwa, trzeba nauczycielom wyjść naprzeciw. Trochę robią to katecheci świeccy, ale duchowni mogliby zrobić więcej – nawet jeśli proboszcz sam nie uczy religii w szkole, może szkole poświęcać więcej czasu, np. odwiedzając ją, ale powinien nie traktować tych odwiedzin w sposób formalny, nie ingerować, lecz przychodzić z przyjacielską troską Ten element potrzeb wyczuwa się w wielu wypowiedziach konkursowych.

Materiał ten potwierdza też potoczną obserwację, że z rodzinami jest źle. Wiele rodzin rezygnuje ze swej roli wychowawczej. Słuszne założenie, że rodzina jest podstawowym podmiotem wychowania okazuje się trochę zawieszone w próżni…

– To prawda. Polskie rodziny zrzucają z siebie odpowiedzialność za wychowanie w ogóle, w tym także za wychowanie religijne. Dominuje nastawienie, że szkoła czegoś tam dzieci nauczy w wymiarze intelektual­nym, a księża – o ile za dużo nie wymagają – też dziecku krzywdy nie zrobią. Te ankiety pokazały, jak bardzo rodziny są zlaicyzowane. Wiele zastrzeżeń młodzieży wobec Kościoła i wiary, z którymi przychodzą na lek­cje religii, ma swoje źródło w rodzinie. Antyklerykalizm obecny w mediach pozostawia ślady w rodzinach i przejawia się teraz podejrzliwością i wąt­pliwościami młodzieży wobec Kościoła. Bardzo ważna jest w tym kontekś­cie refleksja Jarosława Gowina o nurcie antyklerykalnym obecnym w „Gazecie Wyborczej” [z 17 lipca 1996 roku – przyp. red.).

Często się dzisiaj okazuje, że dziennikarze i publicyści uprawiają zawód podobny do kaznodziejstwa – jedni i drudzy chcą przecież propo­nować pewne wzorce myślenia, wartościowania. w świetle wypowiedzi, jakie do nas napłynęły, widać jak bardzo kaznodzieje – już w roli kateche­tów – muszą się borykać z tymi wzorcami myślenia, które ich uczniowie zapożyczają od publicystów i dziennikarzy.

– Owszem, toczy się – jak widać w naszym materiale – swoista wal­ka o dusze między tymi zawodami. Rodzi się jednak pytanie, czy jest to owoc perfidnie zaplanowanego antyklerykalizmu, nieumiejętnej obrony wiary, czy jeszcze czegoś innego? Katecheza i homilia, czyli słowne apostol­stwo Kościoła, posługuje się językiem dość hermetycznym (w sensie sfor­mułowań) i mało jeszcze uwzględniającym współczesne zmiany języka (zbytnio hieratycznym). Media natomiast posługują się językiem na wskroś współczesnym. Skuteczność ich oddziaływania jest więc owocem atrakcyjności języka, jakim się posługują.

Nas, „ludzi Kościoła”, czeka jeszcze wielki wysiłek uwspółcześnienia języka katechezy i homilii. Musi on być absolutnie wierny podstawowym prawdom, zasadom i wartościom, ale trzeba to powiedzieć współcześnie – chodzi mi o odpowiednie sformułowania słowne i obrazowe. Nasze oddzia­ływanie religijne ma wciąż przede wszystkim charakter słowny, a język dzisiejszej kultury staje się coraz bardziej obrazowy.

Kryzys słowa istnieje nie tylko w Kościele. w całej naszej kulturze występuje aktualnie kryzys słowa mówionego i drukowanego. Ciekawe, że z prac uczniów wyłaniają się dwa typy katechetów usiłujących wykorzysty­wać na lekcjach religii filmy. Dla jednych dobry film jest okazją do przedyskutowania z młodzieżą ważnych problemów, dla innych włożenie kasety do magnetowidu to ucieczka przed własną nieumiejętnością radze­nia sobie ze słowem. Wówczas katecheza przestaje chyba być katechezą…?

– Absolutnie tak. Bardzo bym przestrzegał przed niebezpieczeń­stwem nadmiernego wykorzystywania wideo w katechezie. Może to być za to znakomity materiał pomocniczy.

Moim zdaniem, nie chodzi jednak tylko o metodologiczny aspekt kate­chezy. Ona musi się sprofesjonalizować – zarówno od strony teologicznej, jak i metodologicznej. Stając się zaś bardziej profesjonalną, będzie bardziej wychodziła naprzeciw problemom, którymi żyje młodzież. Będzie coraz bar­dziej katechezą egzystencjalną. Nowy język katechezy to nie włączenie wideo, lecz jej charakter egzystencjalny.

Na tym chyba również polega dobrze rozumiany profesjonalizm katechezy. Wszak nie ma ona uczyć o odległym Panu Bogu, lecz o Bogu żywym, obecnym w naszym życiu.

– Niedawno przeprowadzone badania socjologiczne pokazały wzrost zainteresowania katechezą. Socjologowie z Uniwersytetu Warszawskiego mówili, że oto młodzież – przeżywająca swoje dramaty i rozterki – na katechezie może je nie tyle rozwiązać, ale spotkać kogoś, z kim mogą o nich poważnie porozmawiać. w rodzinie nie da się o tym rozmawiać, szkoła nie ma czasu – wtedy katecheza staje się miejscem, gdzie ludzie młodzi sami siebie usłyszą. Tę socjologiczną interpretację trzeba dobrze przemyśleć pod kątem pracy katechetycznej.

Użył Ksiądz Biskup wcześniej sformułowania „walka o dusze”. Piotr Wojciechowski nazwał zaś polskich katechetów „szeregowcami z okopów Ducha Świętego”. Ten motyw walki wydaje się z jednej strony zrozumiały, ale z drugiej strony nasuwa się pytanie, jak walczyć po chrześcijańsku…

– Jak walczyć o dusze po chrześcijańsku? Pomaga nam w tym papież w trzeciej części encykliki „Veritatis splendor”: ludziom trzeba pomóc za­chwycić się prawdą. Katecheza powinna prowadzić do zachwytu. Ma ona być nie tylko apologetyczna, lecz przede wszystkim powinna odsłaniać piękno Chrystusa. Kiedy ktoś odkryje piękno ambitnej muzyki, nie będzie już słuchać chałtury. Gdy ktoś odkryje, czym jest wschód słońca, nie żal mu nieprzespanych nocy, w których czasie można wdrapać się na wierzchołek góry i obserwować wschodzące słońce. Właśnie tak trzeba dzisiaj walczyć o dusze.

Zobaczmy, że wzrost zainteresowania sektami bardziej dotyczy tych grup, które wymagają od swoich członków swoistej doskonałości czy czą­stkowo rozumianej „świętości”. To oznacza, że ludzie młodzi są wrażliwi na wartości. Owszem, wielu ulega permisywnym wzorcom postępowania, ale nie wpadajmy z tego powodu w pesymizm. Naprawdę, jest wśród ludzi młodych ogromna wrażliwość i głód wartości. Może to my nie potrafimy o tych wartościach mówić w sposób pozwalający im je usłyszeć? Bo chyba zbytnio jesteśmy „przeciw”. Wchodzenie w polemiki powoduje, że podświadomie wzrasta w nas poczucie konieczności walki. Na razie widać to głównie w polaryzacji stanowisk krańcowych: często celem staje się zniszczenie czy ośmieszenie przeciwnika, a nie przekonanie go. Pojawia się jednak wielka potrzeba walki postrzeganej jako afirmacja.

Jan Paweł II rozróżniał walkę „przeciw komuś” i „o coś”.

– Coś podobnego wyczuwa się we współczesnej poezji, a poeci są w dużej mierze prorokami wyczuwającymi i nazywającymi rzeczy, których oni sami często do końca nie rozumieją, a których my nie dostrzegamy.

Katecheta – żeby mógł pomagać innym, zachwycać się Bogiem – sam musiał wcześniej się Nim zachwycić…

– Stąd potrzeba ciągłej formacji katechetów. Potrzebne są więc miej­sca i działania, które pozwolą katechizującym coraz głębiej żyć treściami, które przekazują. Mówiąc o katechizujących, myślę także o sobie. Bo prze­cież biskup także katechizuje. i bardzo ważne jest, żeby żył głęboko we wspólnocie ze swoimi katechetami; we wspólnocie odpowiedzialności, ale także niepokoju i obaw. To powinna być wspólnota doświadczenia ducho­wego. Bardzo jest też potrzebne doświadczenie głębokiej autentycznej modlitwy. Wtedy dopiero zostaniemy porwani przez Boga.

Na ten rodzaj doświadczenia jest olbrzymie zapotrzebowanie. Podczas peregrynacji figury Matki Bożej Fatimskiej – wbrew oczekiwaniom – tysiące młodych ludzi przychodziły na czuwania modlitewne. w naszej die­cezji leży Grudziądz nazywany „czerwonym miastem”. w tymże Grudzią­dzu w nocnej procesji różańcowej w ogromnej ciszy i skupieniu szło około 40 tysięcy ludzi (miasto jest stutysięczne). Nikt tych ludzi tam nie przy­gnał. Grudziądz jeszcze nie widział takiej manifestacji. Panowała wielka cisza. Sam byłem tym zdumiony. Nie było policji, która by pilnowała po­rządku, a porządek panował. Jest zatem potrzeba afirmacji, potrzeba mod­litwy – czasami może nieuświadomiona.

Ci katecheci, którzy do nas napisali, to – mam wrażenie – tacy, którzy już Pana Boga wybrali na dobre i na złe, którzy już dali Mu się porwać. Oczywiście, muszą się nawracać, jak każdy. Ale bez tej podstawy nie byliby w stanie robić dalej tego, co robią – bo ani to pieniądze, ani poklask, ani widzialny sukces wychowawczy. Mam zatem wrażenie, że o wymiar duchowy można być spokojnym. O wiele bardziej zaś potrzebują oni wsparcia czysto pedagogicznego, psychologicznego, metodologicznego.

– Zgoda, ale także potrzebują rozdmuchiwania tego duchowego zapa­łu, który się w nich żarzy. Specjalnie dla nich powinny być organizowane rekolekcje, dni skupienia, spotkania służące wymianie doświadczeń. Kate­checi bardziej niż inni potrzebują od kapłanów stałego kierownictwa duchowego. Oni mają potrzebę ciągłego przekraczania samych siebie. To wymaga od duchownych i nowej wrażliwości, i nowej umiejętności. Kierow­nictwo duchowe to sprawa bardzo trudna, to inna kategoria posługi. Nawet dobry spowiednik niekoniecznie będzie dobrym kierownikiem duchowym.

Wsparcie metodologiczne i materialne jest bardzo potrzebne, ale moim zdaniem z wypowiedzi konkursowych wynika, że najbardziej katechetom potrzebne jest przyjacielskie towarzyszenie w ich zmaganiu. Bez pomocy metodycznych oni sobie mogą poradzić. Są zadziwiająco wyrozumiali (mo­że wręcz pobłażliwi) dla tych, którzy odpowiadają za przygotowanie programów i podręczników. Ale niezbędnie potrzebują kogoś, kto by ich wysłuchał i umocnił, gdy atmosfera w szkole jest chłodna, gdy dzieci przy­noszą z rodziny podejrzliwość do Kościoła. Oni potrzebują takiego przyjacielskiego wsparcia w wymiarze duchowym.

„Więź” nr 8/1996